Jesienne góry i doliny
To całkiem trafna metafora jesiennego nastroju i dość syntetyczny tytuł
dla października, który częściowo spędziłam we Wrocławiu oraz chwilkę w
rejonach Wałbrzycha i Jeleniej Góry.
Złapałam "golden hour" polskiej jesieni, ostatnie ciepło, krótki dzień i różowe zachody słońca. Chłodne wieczory, rozgwieżdżone niebo i rosę na trawie. Spokój na szlaku, delikatny szelest wilgotnego lasu i rozmowy z górą. Zamiast wody herbatę w termosie i rozgrzewający, bezalkoholowy poncz w schronisku. Pumpkin life, szuranie wśród liści na pieskowych spacerach i kubek kawy na wynos. Dobre rozmowy i spotkania, trochę roweru i wędrowania.
Po aktywizującym jesiennym przesileniu przychodzi jednak zmęczenie i pragnienie drewnianej chaty w lesie na odludziu. Rozgoszczenia się w sobie i zebrania energii z jeszcze większą uważnością na małe rzeczy, które nadają sens i utrzymują harmonię w moim uniwersum.
Jesień i zima to dla mnie czas małych rzeczy. Na dobry początek wróciłam do Poznania.
Komentarze
Prześlij komentarz